poniedziałek, 20 stycznia 2014

1. Wilcza natura

Rusz się! warczy Patrick.
Coś wbiło mi się w łapę jęczę, zmuszając go do postoju.
Drapie się za uchem i zatrzymuje obok mnie. Wbija uważnie swój sokoli wzrok w moje łapy. Kiwa głową.
Masz rację, dzisiejszy trening jest bardzo męczący nawet dla mnie. Chodź, idziemy do domu zmienia ton. 
Wzdycham z ulgą. Zamykam oczy i obracam się dookoła. Po chwili stoję już jako Alice Cameron, 17 letnia brunetka odziana tylko w podkoszulek i króciutkie dżinsowe spodenki. Patrick bierze ze mnie przykład: kręci się i na moich oczach przeistacza się w człowieka w samych spodniach. Obejmuje mnie swoimi silnymi rękoma.
- Przepraszam - całuje mnie w czoło. 
Uśmiecham się słabo. Mam na dzisiaj dość. Mam wszystkiego dość. 
Odkąd ojciec zamarzył sobie, że zrobi ze mnie świetnie wyszkolonego wilka moje spotkania z Patrickiem są męczące, nie tak, jak było to kiedyś. A jak było kiedyś? Marszczę brwi, żeby sobie dokładnie przypomnieć. Było to tak dawno temu... Niestety, wilkołaki nie mają świetnej pamięci. Widzę tylko rozmazane obrazy. Wiem tylko tyle, że bardzo go kochałam, a on kochał mnie. To uczucie chyba należy do przeszłości, bo pod postacią wilka nie widzę go jako niesamowitego bohatera. 
- Nad czym tak myślisz? - pyta niepewnie.
Wzruszam ramionami. Jest zbyt agresywny, żebym mogła opowiedzieć prawdę. Zrobię to, kiedy będzie związany w jakimś zimnym lochu. 
Patrick już raz mnie uderzył. Wtedy, gdy powiedziałam, że mam go dosyć. Uznał, że mam innego. 
Opowiedziałam o tym wszystkim od razu Camile, mojej najlepszej przyjaciółce-wampirce. Stwierdziła, że muszę z nim zerwać, bo skoro raz już tak zrobił, zrobi to kolejny raz.
Ale od tego czasu nic się nie działo. Chociaż może dlatego, że było to całkiem niedawno. Wolę go jednak nie prowokować.
Idziemy więc w stronę mojego domu, wielkiej willi. W miasteczku uchodzimy za bogatą rodzinę biznesmenów. Moi rodzice - Melody i Harvey - są szanowani, a sąsiedzi sądzą, że pracują za miastem. To nawet dobrze. 
Willa nazywa się Wilcza. Wspaniała nazwa. Ale rodzice uważają, że najciemniej jest pod latarnią. Chyba mają rację. 
W miasteczku Grow Valley żyje jeszcze wiele osób nadprzyrodzonych. Od nas, wilkołaków, przez wampiry i wróżki aż do potężnych czarownic. Ludzi właściwie nie jest tu tak wiele. Stanowią około 40% populacji. To w sumie i tak dużo. Musimy się ukrywać. 
Dochodzimy do mojego domu. Patrick całuje mnie w policzek i odchodzi szybkim krokiem. Wzdycham. Jak mam mu powiedzieć, że już go nnie kocham? Chyba nigdy się na to nie zdobędę. Boję się go. 
Willa jest cała biała, utrzymywana w renesansowym stylu. Każdy, kto do niej wchodzi mówi, że jest piękna. 
W środku dominuje natomiast styl nowoczesny. Jedynie w moim pokoju są stare meble - po mojej prababci.
My, wilkołaki, starzejemy się wolniej od ludzi. Z jakąś 20 letnią różnicą. To znaczy, że żyjemy około 150 lat, chyba, że jesteśmy mieszańcami. Z taką mieszanką to długa historia. Możesz mieć mamę wampira, a tatę wilkołaka, żyjesz wtedy do końca świata. Ale jeśli zmieszasz się z czarownicą, żyjesz krócej. Masz wtedy wiele nadprzyrodzonych mocy. Nie dość, że jesteś wilkiem, to w dodatku potrafisz rzucać jakieś proste czary. Istnieją legendy o wielu czarodziejach, którzy są wampirami. To prawdziwe przekleństwo.
W miasteczku krąży historia o czarownicy-wampirze, która jest nieśmiertelna i potrafi rzucać niesamowite czary. Nazywamy ją Mirande, chociaż tak naprawdę nikt nie wie jak się nazywa. 
- Jesteś, Alice - uśmiecha się do mnie zza drzwi mama.
Jest do mnie bardzo podobna. Z wyglądu. Różnimy się charakterem. Ona potrafi przyjąć wszystko, co karze jej ojciec. Ja bardzo często się buntuję i nie znoszę, gdy ktoś mnie ignoruje.
- Hej - uśmiecham się leciutko. 
Kocham mamę, ale irytuje mnie, gdy tak łatwo podporządkuje się tacie. On rządzi we wszystkich sprawach, chociaż w większości mamie się to nie podoba. 
- Mamy gości - informuje mnie.
Patrzę na nią zdziwiona. Nie wiedziałam, że będziemy kogoś gościć. 
- Kogo? - pytam, unosząc brwi do góry.
- Mówiłam ci wcześniej - irytuje się lekko - Państwa Perry'ch. 
To nazwisko nic mi nie mówi, ale uśmiecham się udając, że już sobie przypomniałam. 
- Ach tak. Mamo, ale wyglądam okropnie. Muszę się przebrać - jęczę. 
- W porządku. Wejdź przez drzwi kuchenne, a ja zajmę gości - zgadza się.
Hurra! 
Wchodzę więc do pokoju drzwiami kuchennymi. Wyciągam szybko z szafy długie, niebieskie rurki i białą koszulkę z krótkim rękawkiem i napisem "Be strange" wielkimi, krzywymi literami. Zaczynam zdejmować podkoszulek, pod którym mam tylko sportowy stanik, gdy zauważam chłopaka siedzącego na moim łóżku. Piszczę i zasłaniam się ramionami. Spogląda na mnie pogardliwie. 
- Hej - mówi tylko.
- Co ty tu robisz?! - cofam się w kąt pokoju.
Na moje policzki wypływają czerwone plamy. Co za wstyd!
Chłopak jest bardzo przystojny. Blond czupryna i wyraziste kości policzkowe. Dodatkowo piękne brązowe oczy. 
- Simon Perry. Rodzice gadają z twoimi o jakiś głupotach, a twoja matka poprosiła mnie, żebym u ciebie zaczekał. Jesteś bardzo roztargniona. Powinnaś mnie zauważyć.
Prycham zirytowana. 
- Trzeba było się przywitać zanim zaczęłam zdejmować bluzkę.
Uśmiecha się figlarnie a nogi mi miękną. Nie potrafię się na niego gniewać.
- Odwróć się, muszę się przebrać - nakazuję.
Odwraca się na łóżku i spogląda w przestrzeń. Szybko zdejmuję podkoszulek, a na to ubieram bluzkę. Czas na spodnie. Upewniam się, że nie patrzy i zdejmuję spodnie, na wszelki wypadek przodem do niego. Czas na niebieskie rurki. Dopinam rozporek i gotowe.
- Już - oznajmiam.
Odwraca się w moją stronę. 
- Może przedstawisz mi się? - pyta.
- Alice - niechętnie mówię.
- Bardzo ładnie - zauważa.
- Dzięki - przyjmuję komplement - Zejdźmy do rodziców.
Nie mam zamiaru przebywać z nim sam na sam. Bardzo mnie krępuje. Gdy schodzimy zatrzymuję go na schodach. Docierają do nas strzępy rozmowy rodziców.
- ... jak to, wróciła? - to chyba ojciec.
- ... od kilku lat.... Mirande jest niebezpieczna.... dzieci musza być w domu... 
Spoglądam zezłoszczona na Simon'a.
- Mówiłeś, że gadają o głupotach! - szepczę.
CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz